Jesienna lista + Bonus – niespodzianka, dla was!

jesienna lista

Pogoda tutaj niestety nie rozpieszcza, a jesień zaczęła się pełną parą jeszcze przed oficjalną datą. Patrząc na prognozy przyszłościowe będzie już tylko chłodniej, a żadne temperatury już raczej nie przekroczą 20 stopni. Ja się tam cieszę, ale z drugiej strony, sezon na chusteczki, herbatkę z cytryną i leki czas zacząć! Co jeszcze? Bardzo istotna jesienna lista rzeczy do zrobienia! Czyli coś, co pomaga mi przegonić chandrę i przeżyć ten okres jak najlepiej. Punktów na ten moment jest 20, może w przyszłości ją powiększę. 🙂

Jesienna lista.

  1. Przeczytać co najmniej trzy książki.
  2. Zrobić jesienne dekoracje diy do domu.
  3. Zrobić placek dyniowy! (Niestety nie upiekę, a na zimno, bo nie mam piekarnika. :()
  4. Spalić całe świeczki o jesiennych zapachach.
  5. Pojechać na jednodniową wycieczkę.
  6. Posiedzieć o poranku z kawą w ciszy.
  7. Obejrzeć jeszcze raz The nightmare before christmas oraz Coraline
  8.  Zrobić trzy dyniowe latarnie!
  9.  Zasiać jakąś jesienno-zimową roślinę i trzymać na parapecie.
  10.  Przegadać cały wieczór z przyjaciółką.
  11.  Przygotować sobie kostium na Halloween.
  12.  Posprzątać we wszelkich szafach i szafkach.
  13.  Przygotować sobie kubek białej czekolady z dyniową przyprawą.
  14.  Zaliczyć przynajmniej trzy długie, wieczorne spacery.
  15.  Sprawić sobie ciepły sweter i grube skarpetki.
  16.  Postarać się zacząć pisać Morning Pages. 
  17.  Zacząć i skończyć fall instagram challenge.
  18. Pobrać na telefon nowe klimatyczne tapety.
  19.  Zdać TOEFL jak najlepiej.
  20. Zrobić imprezę Halloweenową z prawdziwego zdarzenia!

Mam nadzieję, że dzięki mnie poczujesz końcówkę tego roku najlepiej jak potrafisz. Naprawdę warto celebrować każdy dzień swojego życia. Tak, dobrze widzisz, nawet te niefajne! … ale co? Bonus? No tak, zupełnie zapomniałam, dobrze że przypominasz!

Bonus!

Mam coś dla wszystkich ludzi, którzy lubią się rozkoszować pochmurnym widokiem za oknem z książką w ręku i słuchawkami w uszach. Wszystkie piosenki na tej playliście kocham, większość ma dla mnie duże znaczenie sentymentalne. W miarę spokojne, idealne na poranek z kawą specjalnie dla ciebie!

To by było dzisiaj na tyle chyba. Godzina prawie 12:00, a ja muszę jeszcze dzisiaj iść do pracy. :( Czyli nici z pysznej herbatki i książki. 
Planujesz coś na tegoroczną jesień? Może też masz swoją listę? Pochwal się, może rozszerzę swoją! :) 

Pamiętajcie, że w piątek holenderski post, a także oficjalne rozpoczęcie jesieni, więc to oznacza także pierwszy instagramowy post. :D

No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #7 Urzędy holenderskie?!

 

Przepraszam za tydzień bez postów! Kajam się nisko, bo zwyczajnie zabrakło mi… nie wiem czego. Motywacji, chęci. Zmieniłam pracę w międzyczasie, więc wolnego czasu także nie miałam. Nie chciałam też przyjść o 22:00 do domu i jeszcze pół żywa pisać, bo wyszłoby z tego więcej szkody niż pożytku. Na szczęście istnieje mój chłopak, który bawi się w osobistego blogowego agenta i ponagla do pisania. 😀 Także tego… dzisiaj na tapetę bierzemy… urzędy holenderskie!

Nie taki diabeł straszny jak go malują.

Mając już doświadczenia z urzędami w Polsce, dosyć sceptycznie podchodziłam do tego tematu, osiedlając się w Holandii. Chyba większość ludzi przez to przechodziła. Ja, żeby wyrobić dowód osobisty, wkraczając w dorosłość, siedziałam cztery godziny na korytarzu z numerkiem w ręku. Nie wspominając o tym, że gdy poszłam do PUPu, to mi miła pani powiedziała, że ona może mnie zapisać na staż, ale już zapisała na niego dwadzieścia osób i raczej nie mam żadnych szans, a ona chce tylko dopełnić papierkologii. Oczywiście po tym jak już odczekałam swoje w kolejce ludzi przede mną. Gdy jeszcze mieszkałam w Polsce i słyszałam słowo „urząd” zaczynało mi się robić niedobrze.

Dlatego też, gdy przyjechałam tutaj, nie chciałam mieć zbyt wiele do czynienia z organami państwowymi. Przyjechałam na wakacje, nie interesowało mnie nic, a agencja pracy podobno załatwiała wszystko. Do tej pory nie wiem, czy to prawda, ale koniec końców numer BSN poszedł gładko, dziesięć minut i już miałam w łapce, będąc po wszystkim. To wtedy zakiełkowała mi pierwsza myśl zwątpienia. Może nie taki diabeł straszny jak go malują? Może tu jest inaczej?

Łoo panie, wszystko przez internet!

To jest właśnie najpiękniejsza rzecz, jaką mógł stworzyć człowiek, który wymyślił ten cały holenderski system. W dodatku to nie działa tak samo jak w Polsce! Ale od początku. Wprowadzę cię teraz w tajniki tego, jak tu to wszystko działa. Przyjeżdżając do Holandii na stałe, musisz postarać się o meldunek. O numerze BSN (Jest to numer identyfikacji finansowej, bez niego ani rusz), nie będę wspominać, bo to jest obowiązkowe dla każdego. Meldunek na dany adres dostaje się w gemeente (gminie), a żeby mieć przyjemność go posiąść, nie musisz wcale czekać w kilometrowej kolejce, grając kolejną rundę nudnej gry na telefonie, czekając aż ci bateria padnie.

To jest właśnie w tym fajne. Dzwonisz do swojego lokalnego urzędu, mówisz miłej osobie po drugiej stronie, że jesteś osobą przyjezdną, a ona ustala ci godzinę, dzień i mówi ci co masz ze sobą mieć. Gdy ja dzwoniłam o to, ustalili mi termin na za dwa tygodnie, ale to też dlatego, bo potrzebowałam popołudniową godzinę. I gdy przyszłam tam, wzięłam ten numerek, on zaraz pojawił się na ekranie i mogłam swobodnie iść. Co jest jeszcze lepsze, osoba, która siedziała po drugiej stronie biurka wiedziała już z czym przyszła, więc byłam tam może łącznie pół godziny. (Bo akurat skaner był zajęty przez kogoś innego).

Już tylko lepiej?

Oczywiście, że lepiej, bo gdy już dostałam meldunek, mogłam wyrobić sobie DigiD. To jest twój klucz do szczęścia, bo mając go możesz załatwić wszystko od ręki.  Potrzebujesz papierek? Kilka kliknięć i trzy dni później masz go w swojej skrzynce na listy. Nie musisz nigdzie dzwonić, jechać, siedzieć. Wszystko już potem załatwiasz właśnie w ten sposób. Logując się przez DigiD na różne strony urzędów.

I życie staje się piękne, prawda?
Jakie ty masz odczucia względem tego systemu?

W ogóle to już niedługo oficjalnie zaczyna się jesień! Wraz z nią wystartuje oficjalny instagram CF, na którym codziennie przez cały okres trwania tej pory roku, będę dodawała jedno zdjęcie! :) Przynajmniej postaram się robić to sumiennie.

Miłego wieczoru misie kolorowe i do następnego!
 Ania.

Tu i teraz #2 Wrzesień

Jesień

No i w końcu jest! Upragniony! Wyczekany cały rok! Zaczyna się wrzesień, jeden z moich ulubionych miesięcy, bo w końcu zacznę czuć jesień w powietrzu. Jeśli ktokolwiek czyta tego bloga, to wie, że kocham też posty w serii „Tu i teraz”. Dla zainteresowanych – pierwszy możecie przeczytać tutaj. To ciekawe jak wiele może się zmienić w ciągu kilku tygodni, a dzisiaj mam wyjątkową potrzebę zatrzymania się. Tak po prostu.

Chciałabym…

… już móc cieszyć się wszystkimi aspektami jesieni. Nawet jeśli to oznacza również deszcz, coraz niższe temperatury i oczywiście mniej słońca. Wciąż jednak powitałam wrzesień z ogromną radością!

Cieszę się…

… z tego, że znalazłam w końcu (a przynajmniej taką mam nadzieję) stabilną pracę! Wcale nie taką złą, bo dobrze się w niej czuje, a to chyba najważniejsze, prawda? Cieszę się też z tego, że mogę po niej odpocząć, siedząc na własnej kanapie, we własnym domu. Mi nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Potrzebuję…

… nie przejmować się aż tyle. Odkąd weszłam w dorosłość, za bardzo brałam sobie różne rzeczy do serca. Nie miałam asertywności za grosz, o mocnych nerwach już nie wspomnę. Ostatnie wydarzenia w moim życiu uzmysłowiły mi, że muszę w którymś momencie też spojrzeć na siebie, swoją przyszłość i na ludzi, którzy mnie kochają, bo to oni są dla mnie najważniejsi na świecie i zajmują specjalne miejsce w moim sercu.

Czuję się…

… zmęczona. Tak, jest dopiero wtorek, a ja już myślę o odpoczynku. Nowa praca – nowe, inne obowiązki, które trzeba poznać od początku. Ponadto nauka do egzaminu, przed którym już się boję, no i  oczywiście blog, z którego nie zrezygnuję. Nie ma opcji. Tak więc odpoczynku jeszcze nie ma, ale wiem, że to się opłaci kiedyś. Może już niedługo.

Tęsknię za…

… co dziwne – kuchnią mojej mamy. Może to dlatego, że dzisiaj próbowałam zrobić jej cudowny gulasz, ale oczywiście nie dusiłam mięsa, więc nie zrobiło się miękkie. Wciąż nie było złe i dało się zjeść, jednak pod jej czujnym okiem by się to na pewno nie stało.

Dziękuję za…

… Możliwość życia. W biegu codziennych spraw zapominamy o naszym największym darze. Oddechu. Polecam sobie czasem usiąść i tak po prostu cieszyć się tym, że jest nam to dane. Nieważne, że masz do zrobienia zmywanie po czwórce osób, czy termin oddania ważnego projektu już za trzy godziny. Zatrzymaj się, tak jak ja teraz. Weź kilka spokojnych, głębokich oddechów i uśmiechnij się. Tak dla mnie. To jest ważne.

Czekam na…

… WYJAZD DO POLSKI. „W końcu, zbyt długo czekałem. Całe dwanaście lat. W Azkabanie!” W sumie czekałam pięć miesięcy w Holandii, ale zawsze mi się ciśnie ten cytat w takich wypadkach. Tak. Będę tylko przez weekend niestety, jednak cieszę się, że zobaczę swoją rodzinę i zjem mamusiny rosołek. Będzie warto się przemęczyć tyle godzin w aucie dla tej zupy!

 

Podsumowując trochę mi się w życiu namieszało ostatnio, ale wszystko pod kontrolą. Nie zwolnię tempa ani przez chwilę, bo jestem zbyt zdeterminowana. Post z Tu i teraz utwierdził mnie tylko w moich przekonaniach.

Tak jeszcze korzystając z świateł fleszy skierowanych w moją stronę. Po pierwsze – BARDZO chciałabym wiedzieć, czy byłbyś zainteresowany przeczytaniem wywiadu z Holendrem. 🙂 Jeśli tak, to czy może miałbyś do niego jakieś pytania? Tak się składa, że mam pod ręką jednego i mogłabym ten plan wcielić w życie!
Po drugie – Będę robić jesienny instagramowy challenge fotograficzny w edycji holenderskiej, także jeśli ten pomysł ci się podoba, zostaw komentarz!

No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #6 – Rodzina królewska

Holenderskie spotkania - Rodzina królewska

Może nie każdy o tym wie, ale W Holandii też panuje Rodzina Królewska. Dzisiaj postaram się ją przybliżyć, szczególnie, że monarchia nie posiada tylko funkcji reprezentatywnych. Na początek jednak przenieśmy się głębiej w historię całego rodu. Nie będę przytaczać tutaj całego drzewa genealogicznego, bo to nie ma sensu. Po co Byłaby Ci taka wiedza w codziennym życiu? Postaram się więc wszystko spisać bardzo zwięźle. Właściwie wybrałam tylko najbardziej smakowite kąski.

Czy wiedziałeś, że pierwszym królem Holandii był William I? Miał on szóstkę dzieci wraz ze swoją żoną Wilhelminą Pruską. Objął tron w roku 1815 i abdykował w 1840, zostawiając tron następcy. Tak na marginesie, to mam wrażenie, że abdykowanie w tej rodzinie jest modne, bo czterech na siedmiu władców właśnie tak pozbyło się władzy, z czego ostatnia zrobiła to matka obecnego króla, tłumacząc się tym, że to czas na nową generację.

Obecnie panująca rodzina królewska.

Król William-Alexander jest synem poprzedniej królowej, która abdykowała w kwietniu 2013 roku. Ma żonę, jest nią Maxima, pochodząca z Argentyny. Oboje pełnią pieczę nad swoimi trzema córkami. Cathariną-Amalią obecnie pierwszą w kolejce do tronu, oraz Alexią i najmłodszą Arianą. Nic za bardzo nie da się o nich napisać. Ot, zwyczajna rodzina, która jest po prostu najważniejszą w państwie.

Bardziej aktualne zdjęcie następczyni tronu z rodzicami.

Ciekawostki

  • Król ma swoje święto. Jest to Koningsdag i obchodzone jest zależnie od tego, kiedy władca ma urodziny. (Wyjątkiem była królowa Beatrix, która obchodziła je 30 kwietnia, w dniu urodzin swojej matki.) Teraz wypada ono 27 kwietnia. Jeśli dzień króla wypada w niedzielę, obchodzone jest w sobotę przed nim.
  • Rodzina królewska mieszka w willi Eikenhorst w mieście Haga (den Haag, the Hague).
  • Jeden z braci króla Williama zginął wskutek komplikacji po wypadku na nartach. Przez ponad rok był w śpiączce.
  • Królowie nie noszą korony w Holandii.

Z ogłoszeń parafialnych, to szukam ludzi blogujących, mieszkających za granicą, jeśli to właśnie ty nią jesteś, zgłoś się do mnie przez zakładkę kontakt u góry strony!
No i teraz przyznawać się. Kto nie słyszał nigdy o tym, że w Holandii jest król?

Do następnego!
Ania. 

Lista przydatnych aplikacji, których namiętnie używam.

Lista przydatnych aplikacji              Nie umiem w ładne zdjęcia. Na szczęście istnieje Pexels.

Z racji tego, że ostatnio w całości oddałam się Apple (nie żałuje!), oto lista przydatnych aplikacji, których zaczęłam używać. Część z nich podpatrzyłam u innych, część miałam już wcześniej, niektóre nie chciały do końca działać na moim biednym androidzie, a całą resztę znalazłam, gubiąc się w appstorze. 😀

Lake: De-Stress Therapy with Art Coloring Pages

Pierwsza w zestawieniu, a jakże, ponieważ po prostu ją uwielbiam! Ktoś kto stworzył tę aplikację jest geniuszem na ziemi. Kolorowanki dla dorosłych. Urocze obrazki, wbrew pozorom nawet na telefonie bardzo łatwo się koloruje. Można zablokować sobie linie, żeby nie wyjechać przypadkiem, jest też cudowna gama kolorów, no i same kolorowanki, nawet te za darmo, są po prostu świetne. Nie jestem tylko zwolennikiem mikropłatności w takich programach, a ten bardzo chce, żebym kupowała obrazki i subskrypcje, przypominając mi o tym co pięć minut – jedyna wada aplikacji.

Itunes

Letgo

Część z was może kojarzyć tą aplikację, jednak nie jest ona jeszcze bardzo popularna. Mam nadzieje, że to się zmieni oczywiście. Aplikacja służy do pozbywania się rzeczy. Mebli, ubrań, płyt, drobnych dekoracji do domu. Ogólnie znaleźć można trochę. No ale, Ania, jakbym chciał, to bym sobie wszedł na allegro, albo inne olx! Właśnie w tym tkwi zabawa, ponieważ Letgo pokazuje ci przedmioty od tych, które są najbliżej ciebie w przystępny sposób. Załóżmy, że wybierasz sobie filtr dom i ogród, a następnie widzisz, że pani Lidzia spod dwunastki bardzo chce sprzedać stół do jadalni za 50 złoty, bo dostała od dzieci na urodziny nowy. Bardzo ubolewałam nad tym, że na moim starszym telefonie z androidem aplikacja nie działała płynnie, bo teraz wpadam na nią codziennie, żeby sprawdzić, czy czegoś ktoś nie dodał w pobliżu.

Itunes | Android

Tiny scanner

Mam skaner i drukarkę w jednym, stoi to sobie na komódce w sypialni i spełnia swoją generalną rolę. Jednak ostatnio zaczęłam jej używać już tylko do drukowania, ponieważ teraz mogę skanować dokumenty swoim własnym telefonem i powiem szczerze, że jakość jest dużo lepsza niż jakbym robiła to tradycyjnie. No i w dodatku trzy razy szybciej. Co to dużo się rozpisywać? Spełnia swoją rolę świetnie nieważne, czy w kolorze, czy szarościach. Wyraźnie i dokładnie. Przepraszam tradycyjny skanerze, jednak przegrałeś tę bitwę.

Iphone | Android

Spotify

No, o tym już wszyscy wiedzą. Spotify zawojował moje serce z chwilą, w której się o nim dowiedziałam już ponad rok temu. Po prostu kocham! Kiedyś, gdy trzeba było mieć milion płyt CD, albo milion miejsca na dysku, nie zdawałam sobie sprawy, że coś może tak ułatwiać słuchanie muzyki. Nie wyobrażam sobie już powrotu do tamtych czasów tak szczerze. Szczególnie, gdy zamiast szukać po bibliotekach, ściągać na telefon, synchronizować z komputerem, mogę po prostu sobie wpisać nazwę zespołu, wybrać piosenkę i po prostu słuchać. Mała rzecz, a tak cieszy. Kiedyś się z wami podzielę moim milionem playlist. 😀

Iphone | Android | WP

Spis nie był sponsorowany. Szkoda. Chociaż macie pewność, że czytacie tylko szczere opinie!
Podzielcie się ze mną też swoimi ulubionymi aplikacjami na telefon. Może któraś zasiądzie i w moim telefonie?

No, to do następnego!
Ania. 

Holenderskie spotkania #5 – Zielone tereny w Holandii

 

Kiedyś usłyszałam od znajomego, że mam nigdy nie jechać do Holandii, bo tam jest w ogóle tylko jedno miejsce, w którym znajdują się zielone tereny. Miał na myśli lasy, drzewa, generalnie rozwiniętą przyrodę. Potem, gdy jechałam już busem na miejsce zero, czekając na najgorsze, ludzie zaczęli nagle rozmawiać o tym samym. Kto w ogóle tam mieszka? Przecież tam w ogóle ludzie z naturą na bakier. Nie to co Polska przecież, Holendrzy już długo nie pożyją, zabraknie im tlenu (autentyk!).  Zabijam więc kolejny mit i uspokajam ludzi!

Nationale Parken

W Holandii jest aż dwadzieścia parków narodowych, które łącznie zajmują 130,000 hektarów. Nie będę tutaj przywoływać wszystkich po kolei, bo każdy jest inny i na temat każdego mogłabym napisać esej.  Do każdego parku można wejść za darmo, z wyłączeniem De Hoge Veluwe, ponieważ tam w opłatę wchodzą rowery oraz wejście do muzeum geologii i biologii Veluwe. (Wszelkie informacje dotyczące aktualnych cen w języku angielskim znajdziecie tutaj.)

 

(żródło: http://www.nationaalpark.nl/)

Ogródki

Nie wiem czemu, ale Holendrzy zaskakująco dużą wagę przywiązują do swoich małych ogródków przed domem. Potrafią wydać na nie grube tysiące euro, wliczając w to jakiegoś słynnego projektanta zieleni. Oczywiście efekt jest świetny, bo przechadzając się po różnych osiedlach, jest bardzo czysto, estetycznie i kolorowo od kwiatów. Często przed wiosną i jesienią można spotkać masę ludzi, którzy porządkują wszystko. Mimo, że przesadzają, to chociaż jest na co popatrzeć.

Mini-Zoo

Mój zdecydowany faworyt! W miastach w Holandii są takie niewielkie ogrodzone drewnianym płotem tereny, w których są zwierzęta. Można je karmić i są one łagodne. Kozy, alpaki, kury, koguty, indyki i… kangury. Tak dokładnie. U mnie są trzy takie parki, z czego jeden jest duży i koło niego znajduje się replika zamku, w której mieszkają świnki morskie! Idealna atrakcja zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.

Podsumowując, nawet w centrum miasta znajdziemy kwiaty, zieleń i parki. Gminy bardzo dbają o porządek i czystość na ulicach, są nawet specjalne służby, które zajmują się roślinnością. Mi osobiście nie brakuje tutaj nic pod tym względem. 5 minut rowerem od mojego domu jest jezioro, a 15 minut kolejne. Blisko jest też ładna ścieżka, otoczona drzewami wiśni. Idąc nią na wiosnę można poczuć się jak w różowym świecie! Gdyby było mi mało, to obok jest jeszcze jedno z mini-zoo.

Jeśli ktoś wam powie – Nie jedźcie do Holandii, bo tam przyroda umarła – wyślijcie go do mnie. Już ja go naprostuję. 😀

Nie zapomnijcie, że na facebooku jest fp bloga!
No, to do następnego!
Ania.

Dar z nieba – Pinterest.

Jeśli jeszcze nie wiesz czym jest pinterest, to prawdopodobnie ratuję ci tym wpisem życie. 

W dobie wszechobecnej cyfryzacji myślę, że ludzie mają świadomość, do czego służy ta platforma. Jeśli jednak ty, drogi czytelniku, nie jesteś w temacie, to pozwól, że cię w niego wprowadzę i wyjaśnię. Będę Ci jak taka twoja internetowa ciocia! Od początku do końca. To jak? Gotowy?

Co to jest ten cały Pinterest?

Wiesz czym jest moodboard? Zwykła tablica korkowa, na którą przyczepiasz wycinki z gazet, zdjęcia, jakieś inne pierdółki (kwiaty, liście, pióra), artykuły, lub co tylko chcesz. No dobra, ale po co? Po pierwsze dla siebie. Ja to lubię, bo mogę nakierować to co robię, zainspirować się, mieć więcej motywacji. Po drugie, dla innych. No, bo jeśli komuś mówisz, że będziesz malować różowy obraz, to ktoś może pomyśleć, że to będzie taki bardzo nasycony wściekły kolor, a tymczasem ty masz delikatną, jasną farbę. Pokażesz mu swój moodboard i pozna twoją dokładną wizję artystyczną. Pinterest może nam posłużyć właśnie za taką wirtualną tablicę.

To tylko jedna część z tego, co oferuje nam Pinterest.

Nie będę kłamać, odczuwam przyjemność z inspirowania się i zwyczajnego przeglądania ładnych zdjęć. Strona mi to zapewnia. Mogę wybierać najładniejsze i najlepsze treści oraz kolekcjonować je na różnych, tematycznych tablicach. Jeśli mam ochotę oglądać małe kotki, to mogę bez problemu znaleźć ich tam tysiące. Zdjęcia i obrazki są zapisywane, więc mam do nich bezpośredni dostęp, a skoro są skatalogowane, to nie mam chaosu na swoim profilu.

DIY

To jest też świetny aspekt pinteresta. Użytkownicy portalu oferują bardzo dużo opcji Do It Yourself. Od dekoracji domowych, przez meble, aż po jedzenie. Jeśli poszukujesz czegoś konkretnego, to jest jakieś 99% szans, że znajdziesz to wszystko bez mrugnięcia okiem.  Czasem robię jakieś ozdoby okazyjne, ale jeszcze nie zagłębiałam się w to szczególnie. Nie przeszłam na odpowiedni poziom w tym temacie, żeby być jakąś użyteczną skarbnicą wiedzy. 😀

Co jeszcze?

Czas się przyznać, do czego ja najwięcej używam pinteresta. Do klimatu i ułożenia planu działania. Mam kilkanaście tablic, jedne są już stare jak świat i mało do nich zaglądam, inne nowsze, które regularnie odwiedzam. Kiedy mam nastrój zimowy, wrzucam sobie odpowiednie tagi i zapisuje najładniejsze zdjęcia, oraz rzeczy, które mogą mi się zdecydowanie przydać. Ponadto mogę zrobić moodboard od ręki kiedy tylko najdzie mnie wena twórcza. Dlatego też na jesień mój pinterest wybucha, jak zresztą każdy portal społecznościowy, także bądźcie czujni, bo już mam kilka super pomysłów do zrealizowania tego roku.

Podobało ci się? Możesz wpaść na fp na facebooku, odpowiednie okienko masz po prawej stronie.
Masz pytanie? Nie wahaj się zadać go przez zakładkę kontakt u góry strony.

Posiadasz konto na pintereście? Używasz go? Podziel się nim ze mną koniecznie w komentarzu.

No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #4 Język!

 

No nie byłabym sobą, gdybym nie dodała tutaj takiego posta. Naprawdę chyba nie byłabym kompletna, gdybym nie przybliżyła Tobie choć małej części tego jak wygląda język holenderski. Choć nie znam go za wiele jeszcze, to wydaje mi się, że w prostej konwersacji już sobie poradzę, a i rozumiem bardzo dużo, więc może będę dobrym przewodnikiem i w tej sferze. Także bez kolejnych przynudzających wstępów, zapraszam na kilka ciekawostek językowych!

#1 Im szybciej i bardziej zawile mówisz, tym większa szansa, że ktoś cię rozumie. To na początku było dla mnie bardzo dziwne, bo przecież w języku polskim powinno mówić się wyraźnie i nie śpieszyć za mocno. Jednak tutaj działa to w zupełnie przeciwnym kierunku. Jak bełkoczesz coś pod nosem po holendersku w zatrważającym tempie, to masz pewność, że wszystko jest okej! Inni nawet nie wyłapią twojego błędu gramatycznego, czy innych mankamentów. Piękne, nieprawdaż? No jednak nie, bo póki się nie nauczysz, to dla ciebie bełkot pozostanie bełkotem. Z początku nie umiałam wyciągnąć nawet słowa z konwersacji toczonych wokół mnie. Teraz już jest coraz lepiej, ale to kwestia czasu. Jeszcze przez chwilę nie będę za nimi wszystkimi nadążać chyba.

#2 Holenderski jest bardzo podobny do niemieckiego i angielskiego. Gramatyka prawie kompletnie wzięta od Niemców, a wymowa od Anglików. Czasem przeplatają się francuskie słowa. (np. niektórzy zamiast „dank u” mówią „merci”.) Więcej przykładów nie podam, bo ich zwyczajnie nie znam, a i słów bym pewnie nawet nie powtórzyła. Taka mieszanka, mająca jednak coś specjalnego. Dziwie się jak taki ciekawy zbitek istnieje w ogóle.

#3 Gezellig. To chyba ulubione słowo holendrów, jednakże nie ma ono tłumaczenia dosłownego na język polski czy angielski. Oznacza coś przyjemnego, miłego, dobrego, cozy. Osoba może być gezellig, spotkanie, film w kinie, czyjeś mieszkanie, chyba dosłownie wszystko. Ludzie go używają w nadmiarze, wychodząc z domu, słyszę je od dwóch do pięciu razy, zależy od czasu przebywania między ludźmi.

 

Mimo tego, że Holandia ma swój język, to i tak często mieszkańcy mówią automatycznie po angielsku. Jakiś miesiąc temu, przyszło do mnie jakieś dziecko, no może osiem lat, zapukało do drzwi i spytało się po holendersku o coś, a że nie zrozumiałam, to odpowiedziałam, że nie rozumiem go dobrze, również w jego języku, a on się pyta mnie, czy umiem angielski! No w szoku chyba pozjadałam rozumy, bo dałam im 5 euro na szkołę, a potem dopiero się ogarnęłam, że przecież są wakacje. Może po prostu jestem aż tak naiwna?

no i oczywiście to, co króliczki lubią najbardziej, czyli BONUS. 😀

Według internetu, najdłuższe holenderskie słowo ma 53 litery i brzmi
ono kindercarnavalsoptochtvoorbereidingswerkzaamhedenplan, a oznacza przygotowania poczynane przez dzieci przed karnawałem. Bo to święto też tutaj jest bardzo hucznie obchodzone. Ten temat jednak zostawimy sobie na jakiś inny piątek.

 

Mam nadzieję, że przyjemnie ci się czytało, tę dość szybką, notkę.  Jutro nie będę aktywna raczej w żadnym ze swoich kanałów social media, bo obchodzę urodziny i spędzam je z bliskimi. 🙂 Teraz już kończę, bo bateria w laptopie pokazuje mi pięć procent.

No, to do następnego!
Ania.

Fajerwerki w Scheveningen!

Rusza fp na facebooku! Polub, a będziesz dostawał małe ciekawostki o Holandii, będziesz miał częściowy wpływ na content bloga, a także wiele innych! 🙂

Cześć!

Wtorki nie mają jakiejś przydzielonej serii, więc mogę tutaj wrzucać co mi się żywnie podoba! Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły z tego powodu. W końcu postuję rzeczy, które nie każdy chce czytać. Jeśli jednak jesteś tu dalej to dziękuję! Doceniam każde wejście na tego bloga i zawsze będę to robić.

Dzisiaj mam dla was relacje z Scheveningen. Mam wrażenie, że plaża nad morzem północnym o każdej porze roku jest fantastycznym miejscem, a w sierpniu to już szczególnie, bo tego miesiąca odbywa się tutaj festiwal fejerewerków! W zeszłym roku niestety udało mi się je zobaczyć tylko z auta, ponieważ tak długo szukaliśmy miejsca parkingowego w Hadze. Z tego powodu, w zeszły weekend, pojechaliśmy tam wcześniej. O godzinie 18 (gdzie sam pokaz zaczynał się o 21:45) również mieliśmy trudności z zostawieniem auta, dlatego zainteresowanym polecam chyba wybrać się na cały dzień i dobrze poznać wszystkie parkingi w tym mieście!

Udało się. Dotarliśmy. Zaparkowaliśmy. Było trochę do przejścia pieszo, ale to nie popsuło nikomu humoru, szczególnie, że trasa biegła wzdłuż linii brzegowej i mogliśmy po prostu podziwiać. Ja osobiście kocham piękne widoki. Mogłabym na nie spoglądać całymi dniami. Pewnie to dlatego, że zawsze bujam głową w obłokach. Dosłownie. Kiedyś jadąc do pracy na rowerze i patrząc się w niebo prawie wjechałam w drzewo.

No ale do rzeczy. Jak już doszliśmy do celu i zjedliśmy mały fastfood (niech żyje dieta!) zostało nam jeszcze trochę czasu do startu. Wpadłam więc na chyba z najlepszych moich pomysłów w życiu, nie żartuję. Za słowa „chodźmy na diabelski młyn”, będę się chyba kochać do końca życia!

No i poszliśmy. Odstaliśmy swoje, kupiliśmy bilety. Żeby przejechać się pięć razy na tej atrakcji płaci się 9 euro od osoby. A jeśli zapłacicie 70 euro, to dostaniecie bilety dla czterech osób i butelkę wina. Wagoniki czyste, klimatyzowane, oświetlone, a nawet ze stoliczkiem po środku. Bardzo przyjemnie się jedzie te pięć okrążeń. No właśnie. Z nami to wyglądało troszeczkę inaczej…

… Bo wsiedliśmy, gdy akurat miał się zaczynać pierwszy pokaz. I się zaczął. Jak akurat się kręciliśmy podziwiając nocny widok z góry na Hagę. Łącznie zrobiliśmy dwanaście albo trzynaście okrążeń, bo obsługa oglądała pokaz. Jeden z panów, który nas wpuszczał, wszedł na metalową konstrukcję i robił zdjęcia swoim telefonem.

Pierwszy pokaz należał do Chin. Naprawdę bardzo ładnie zrobiony, piękne kolory, piękne sekwencje, ślicznie. Na drugi już nas wypuścili z wagoniku i przeszliśmy na molo. Kolejnym łutem szczęścia znaleźliśmy sobie miejsce do siedzenia. Ta noc wygrywała wszystko i stawała się lepsza z każdą minutą! Szczególnie, że drugi – Francuski pokaz – był o niebo lepszy. w mojej opinii. Podbili moje serce całkowicie!

Cały festiwal skończył się chwilę przed 23, w dodatku czekała jeszcze długa podróż do domu, ale wiesz co? Było warto. Naprawdę jeden z lepszych dni mojego życia.

Festiwal będzie jeszcze w ten weekend w piątek i sobotę, wstęp na niego jest darmowy, także jeśli nie macie planów, to polecam! Macie jeszcze kilka(naście) zdjęć. 🙂

A w ramach przeprosin, że post jest tak późno BONUS
policja na koniach. 😀
Więcej zdjęć wrzucę może kiedyś na fp, jak już je dostanę. Zresztą jeszcze nie raz usłyszycie ode mnie o jakiś atrakcjach w Scheveningen, bo są one często organizowane. 

No, to do następnego!
Ania.

Holenderskie spotkania #3 Sklep w kościele?

Dzisiaj w sumie więcej zdjęć niż tekstu, ale i tak mam nadzieję, że będzie ciekawie. Letnia holenderska pogoda nam zdecydowanie nie dopisuje, zimno, ponuro i mokro. Zupełnie jakby świat stwierdził, że weźmie sobie do serca moją prośbę o koniec lata. Dla mnie nawet lepiej!

Ponieważ Holendrzy nie są narodem szczególnie wierzącym, to część kościołów jest wykorzystywana w innych celach. Także w naszym małym mieście mamy w jednym z nich teatr, a w drugim ‚sieciówkowy’ sklep – Jumbo. Taka biedronka za granicą.

Uspokajając was troszeczkę, nie każdy kościół zostaje zamieniony w jakieś miejsce użyteczności publicznej. Wciąż są tutaj takie, które działają aktywnie, gdzie nawet odbywają się co niedzielę polskie msze, a raz do roku pasterka, święcenie koszyczków na Wielkanoc, czy inne większe wydarzenia.  Ciężko się przyznać w sumie, ale jak pierwszy raz weszłam do tego Jumbo, to nawet nie zauważyłam, że to kościół.

Wiesz coś o Holandii, ale nie umiesz nic na ten temat znaleźć? Napisz do mnie przez zakładkę kontakt! Zrobię research. 🙂 Podziel się też przemyśleniami, o tu, na dole, w komentarzach, właśnie tam! Dobrze widzisz! Tymczasem ja się oddalam i zostawiam was, byście przetrawili nowe informacje na własną rękę. 

No, to do następnego!
Ania.